Sty 21

Pomoc sąsiedzka na Podhalu

 

 

 

 


Pomoc sąsiedzka na Podhalu

,,O co sie telo Franek z Jaskiem powadzili?” – ,,Pewnie zaś o miedze” – tak wygląda stereotyp dotyczący koegzystencji sąsiedzkiej na podhalańskiej ziemi. Kłótnie, kipiące emocjami dyskusje i nieszczęsna miedza, zarówno ta przy domostwie jak i z pola rolnego. Obraz spłycony i sprowadzany do sąsiedzkich waśni. Owszem w góralach kipi gorąca krew, jednak z sąsiadami można też żyć dobrze.

Przez zdecydowaną część ubiegłego wieku, na Podhalu głównym środkiem utrzymania było gospodarstwo, czyli gazdówka. Jako, że klimat jest wymagający, a okres wegetacyjny roślin – krótki, bieda zaglądała do góralskich domostw regularnie. Dwie wojny światowe również odcisnęły na ludziach piętno. Niski poziom jakości życia skłaniał mieszkańców Podhala do walki o przetrwanie. I tak jak zwierzęta niejednokrotnie łączą się w stada czy watahy, aby przetrwać, tak ludzie łączyli swoje, siły aby znieść trudy codziennego życia.

,,Na sąsiedztwie za moik casów (II wojna światowa i po wojnie) siy pomogało, nej bo ani jeden sonsiad, ani drugi dutków ni mieli, tak ze nifto hań nie wyziyroł, ze mu za pomoc w polu wtosi zapłaci. Ale pomoc siy łodrobiało. Jak jedna rodzina pomogła przy składaniu siana, to potem sie łodrobiało totom robote u nik na kawołku” – wspomina Maria z Białki Tatrzańskiej. Pomoc można było zauważyć na każdym kroku. W gospodarstwie, w polu przy saniach, przy kopaniu gruli (ziemniaków). Kiedy rodzina szła w pole i najstarsza kobieta zostawała pilnować dzieci, to i sąsiedzi jej swoje pociechy zostawiali. Obie strony były zadowolone, a szczególnie dzieci, które mogły wspólnie bawić się i biegać po okolicznych łąkach i lasach.

,,Bocym, jak przed wojnom w 1938 roku, mój tata jesce młócił zboże cepem. Młócili razem ze sonsiadem. Nopiyrwiyj u nos, pote tata sed młócić do sonsiada. I tak se razem robili. Zawse to i cłowiekowi raźniyj jak jest do kogo gymbe otworzyć” – opowiada Helena z Bukowiny Tatrzańskiej. Kobiety również się wzajemnie wspierały. Tarły razem len, targały pierze, przędły. Pracowało się wspólnie, a przy tej pracy zawiązywały się relacje międzyludzkie, a niejednokrotnie i małżeństwa. Prócki (targanie pierza) kończono zwykle wesołymi posiadami przy muzyce góralskiej. Zdarzało się, że i młodsi psotnicy ,,pomagali’’ przy próckach – najczęściej do izby pełnej pierzy wrzucali koguta, który wystraszony biegał i rozdmuchiwał pierze a zarazem niszczył efekt całej pracy. O sąsiadach pamiętano, kiedy ubijano świnię i do najbliżej mieszkających posyłano zwykle po partii mięsa.

Drugi wymiarem pomocy sąsiedzkiej było pewne wzajemne uzupełnianie niedoborów. Gazda, który posiadał konia na sąsiedztwie (a w pierwszej połowie XX w. był to wręcz luksus), wiózł dziecko sąsiadów z matką do lekarza gdy zachorowało. Sąsiadka pamiętała o przysłudze i także zabezpieczała się na przyszłość, posyłając sąsiadowi mleko kiedy jej krowa się ocieliła, a jego dopiero była cielna i mleka nie miała. Niejednokrotnie pamiętano również o wsparciu dla matek z nowo narodzonymi dziećmi. Nie było wówczas urlopu macierzyńskiego czy wsparcia w postaci becikowego.,,Mój tata był straśnie powadzony ze siostrom wtóro siedziała niedaleko od nos. Tatowej siostrze w 1946 roku urodziły sie bliźnioki. Niy mieli oni jesce wtej krowy. Tata jednego dnia przechodził koło ciotki chałpy i posysoł jak bliźnioki darły sie w niebogłosy. Były głodne. Wpod do nasyj chałupy, nabroł mąki do miarecki, naloł mlyka do borynki. Som, jako ze honorowy, nie posed, ale mnie do ciotki z jedzeniem posłoł” – wspomina Helena.

W latach 60-tych XX wieku był we wsi bogaty gazda, który handlował owsem. Dobrze mu się powodziło. Jednego dnia przyjechał do niego młody chłopak z sąsiedniej wsi, chciał kupić owies na zimę. Zawstydzony brakiem pieniędzy, poprosił gazdę o jeden worek owsa i zapewnił, że po zimie zapłaci. Gazda wiedział, że jeden worek owsa na zimę chłopakowi nie wystarczy. Wpakował na wóz cztery worki i bez zbędnych słów, oświadczeń czy podpisywania dokumentów powiedział jedynie: ,,Przyjedź w marcu”. W tamtych czasach, takie gesty mówiły więcej niż słowa.

Pomoc sąsiedzka miała również cienie. Zdarzały się sytuacje, w których wyższy status materialny dyktował warunki wzajemnej pomocy. Nie wszyscy traktowali współpracę jako społeczną symbiozę. ,,Był taki bogaty gazda niedaleko nos, wtóry mioł konia. Jednego razu tata popytoł go coby nos zawióz do miasta (Nowego Targu). Całość zajena sąsiadowi pół dnia. Jednak tata odrobioł tom przysługe przez nastympne dwa tyźnie, a robił od świtu do nocy. I dalej jesce nie był pewien, cy już odrobił, cy nie. Nie dość, ze musioł zrobić robote u siebie to jeszcze u sonsiada.” – wspomina Józefa. Byli też gazdowie, którzy wołali do pomocy przy koszeniu czy wykopie ziemniaków okolicznych sąsiadów. Jednak gdy później ci prosili o wsparcie przy pracach na ich polu, to gazda wymawiał się brzydką pogodą, albo świątkiem unikając i odwlekając odrobek.

Z biegiem czasu Podhale zmieniło się. Rolnictwo i pasterstwo zanikało na rzecz turystyki. Przybywający tu goście sprawili, że zmienił się charakter życia górali. Sprzątanie i gotowanie dla gości nie wymagało już udziału sąsiadów – gaździny sama sobie z tym radziły. Praca na renomę własnego interesu, pozyskiwanie turystów sprawiły, że gaździny chętniej poświęcały czas i pracę w inwestowanie we własny dom, niż cudzy. Prawa rynku obowiązują wszędzie. Zmiana trybu życia i praca przez większość dnia, wpłynęły bezpośrednio na relacje międzysąsiedzkie. Nie znaczy to, że górale sobie nie pomagają. Dzisiaj ta pomoc ma inny charakter i nie jest aż tak codzienna i regularna. Przybrała formę ,,ad hoc”. A to trzeba pomóc wypchnąć komuś samochód w zimie, a to przyjdzie do sąsiada ważna paczka i nie ma jej kto odebrać, bo rodzina na zakupach. Uniezależnienie się i wzrost statusu życia na Podhalu sprawił, że pomoc sąsiedzka nie jest już jedynym rozwiązaniem w trudnych sytuacjach życiowych. Pojawiły się opcje kredytów, poszerzył się zakres dostępnych usług. Dzisiaj, kiedy gazda nie może sam skosić swojego pola, wynajmuje kogoś i płaci wynagrodzenie. Obecnie żyjemy szybciej, sprawniej i intensywniej.

Dawniej była jeszcze ławeczka – po pracy albo w święta jeden sąsiad woła drugiego i siedzieli sobie razem przed domem. Może i nie poruszali ważnych problemów. Po prostu ze sobą przebywali. I za tym tęskno najbardziej.

 

TEKST PUBLIKOWANY W KWARTALNIKU ”TATRY” WYD. JESIEŃ 2018, NR 66

Łapka

About The Author

Folklorysta rodem z Bukowiny Tatrzańskiej. Instruktor, konferansjer i aktorka zakochana w Podhalu. Współwłaściciel marki HOP CUP.